wtorek, 16 czerwca 2015

Rozdział 2

Napił się jej krwi, po czym odepchnął od siebie, a ona upadła znów na podłogę.
-Hmm. Jak cię zwą?
-Po co mam ci mówić skoro wszystko wiesz?
-Kultura tego wymaga. - Uśmiechnął się do niej. - Więc?
-Kate.
-A dalej?
-Kate Reginners.
-Miło mi cię poznać Panno Reginners. Jestem Luke Hemmings. Ciekawa z ciebie osoba. - Uśmiechnął się tajemniczo. - Nie wiem czy zdajesz sobie sprawę ale już kiedyś się spotkaliśmy. Był już wieczór, ale słońce jeszcze świeciło. Siedziałem w cieniu w opuszczonym budynku, tam za pagórkami przy plaży. Szłaś ze swoimi przyjaciółkami Terisą i Moirą. Miałyście wtedy siedem lat. Nagle rozbrzmiał pierwszy dzwon oznajmiający że za piętnaście minut się ściemni i będzie trzeba było zamknąć się przed mrocznymi istotami. Zaczęłyście biec. Twoja noga o coś zahaczyła i przewróciłaś się, nie mogłaś jej wyjąć. Na szczęście było to w zacienionym miejscu. Pomogłem ci. Uśmiechnęłaś się i podziękowałaś. Powiedziałem "Jeszcze się kiedyś spotkamy Kate, a wtedy wszystko nabierze innego znaczenia. Pytanie tylko czy będziesz chciała się spotkać?" Spojrzałaś na mnie i powiedziałaś ...
-Czemu nie? - Luke spojrzał na wciąż leżącą na podłodze Kate. - Z chęcią.
-Pamiętasz. - Uśmiechnął się zadowolony. - Podałaś mi dłoń, a ja wypaliłem ci na ramieniu znak, który od tamtej pory skutecznie ukrywasz. - Kate sięgnęła do lewego ramienia, nic na nim nie było. Luke podał jej chusteczkę i małą miseczkę z wodą, zamoczyła ją i zaczęła pocierać nią ramię. Po chwili na jej ramieniu był widoczny znak.



-Teraz pamiętam. Wypaliłeś mi ten znak, nie nie wypaliłeś wyciąłeś nożem, było pełno krwi. A potem tak po prostu odszedłeś. To miejsce zaczęło strasznie boleć, było rozpalone jak gorący piec i nagle krew przestała ciec, a ja pobiegłam do domu. Gdy tylko wbiegłam przez próg do domku zabił dzwon. A później co jakiś czas to miejsce mnie paliło.
-Tak paliło cię za każdym razem kiedy byłem bardzo blisko ciebie. Przypominało o sobie i o twojej obietnicy. I proszę, spotkaliśmy się.
-A to ...
-Nie zniknie przykro mi. To jest znak na całe życie. - Spojrzała na swoje ramie i przyjrzała się wypalonemu znakowi, na który każdego ranka nie może patrzeć i nie przygląda się mu tylko maskuje swoimi kosmetykami.
-KLH. Co to znaczy?
-Nie domyślasz się? Po za tym pominęłaś kilka liter. D w którym są pozostałe trzy literki. D jak Darkness, ciemność, mrok. V jak Vampir. Oraz O takie ładne okrągłe. W światłości O jest postrzegane jako znak mroku prawda? Ostatnie co słyszycie gdy nocą coś się dzieje to jest "O nie!" "O Boże!" "Oh!" i tym podobne prawda?
-KLH.
-Nie mów że nie wiesz, bo nie uwierzę.
-KLH. Nie ... - Wyjąkała i potrząsnęła głową.
-Właśnie że tak. KLH Kate Luke Hemmings. - Uśmiechnął się.
-Nie! - Krzyknęła. - Należę do światłości! Nie!
-Błąd moja droga.
-Nie! Nie! Nie!
-Taki los był ci pisany. Od urodzenia. Raz na sto lat jest wybierana jedna dziewczyna i jeden chłopak ze światłości którzy muszą przejść na naszą stronę.
-A co jeśli tego nie zrobią te dwie osoby?
-Umrą.
-Czemu?
-Bo sprzeciwiają się swojemu przeznaczeniu które jest im pisane w gwiazdach. Gdy tylko się urodziłaś wszyscy to poczuli.
-Poczuli co?
-Potęgę, moc. Skrywasz w sobie bardzo wiele, choć sama o tym nie wiesz. Gdy się tylko urodziłaś my wszyscy poczuliśmy że na świat przybyła kolejna dziedziczka tronu, która ma się związać ze mną.
-A chłopak?
-Urodził się trzy tygodnie po tobie. Kael ma na imię prawda? - Pokiwała lekko głową. - Jego przeznaczeniem jest związać się z dziedziczką wilkołaków. A wracając do tematu. Masz wybór. Zostać tu już teraz. Lub odejść i samowolnie wrócić tu za kilka dni nie mówiąc nic nikomu. Żeby to wyglądało na samobójstwo. Twoja rodzina ani nikt inny ze światłości nie może się dowiedzieć że będziesz żyła w mroku.

------------------------------------------------------&&&
Jak się podoba rozdział?

Pamiętaj Czytasz=Komentujesz=Motywujesz :)

niedziela, 14 czerwca 2015

Rozdział 1

Kate od najmłodszych lat była ciekawa tego jak wygląda życie w nocy w mieście w którym żyje. Ale nie było jej to pisane, rodzice zamykali drewniane okiennice na noc, tak by nikt z zewnątrz nie mógł zajrzeć do domu, ani do niego wejść. Ale Kate jest typem bardzo ciekawskiego człowieka, niczego się nie lęka, jest odważna, silna, jest typem buntowniczki i uwielbia ryzyko i wyzwania. Było pewne że pewnego dnia to się stanie.
-Gdzie jest Cher i Christina? Powinny już być. Zaraz się ściemni.
-Spokojnie kochanie, za chwilę przyjdą. - Teofil Reginners uspokajał swoją żonę Karin.
Dziesięć minut później zabiły kościelne dzwony co znaczyły że czas zabarykadować mieszkania.
-Ale dziewczynki ...
-Spokojnie wrócą. A my im otworzymy. Nic się nie stanie.
-Ale jeśli ...
-Karin będzie dobrze.
Cała piątka siedziała w salonie i czekała aż bliźniaczki wrócą do domu. Kate rozmawiała ze swoimi braćmi po cichu jak wygląda życie nocą. Są bardzo ciekawi tego. Prawie każdego ranka w mieście są plamy krwi. Oni, istoty ciemności walczą sami ze sobą. Czasami znajdywane są martwe ciała ludzi jak i zwierząt. Co znaczy że niektóre istoty mają kształt człowieka.
-AAAAAA! POMOCY!
-Cher! - Karin podniosła się szybko z kanapy.
-POMOCY! - Głosy dziewczynek poniosły się echem.
Kate nie zważając na nic wybiegła z domu na ciemne ulice miasta.
-Kate nie! - Wrzasnęła matka, ale Kate nie słuchała i pobiegła w mrok.
-Cher! Tina!
-Kate! Kate tutaj! Aaaa!
-Zostawcie je! - Wrzasnęła wybiegając przed dziewczynki. Stanęła twarzą w twarz przed trzema wilkołakami.
-No proszę proszę. - Wycharczał jeden.
-Uciekajcie. - Szepnęła do sióstr. - No już. Pani Figins! Pani wpuści dziewczynki! Pani Figins proszę! - Krzyczała.
Dom pani Figins znajdował się kawałek za nimi po lewej stronie. Usłyszała skrzypienie drzwi. Rzuciła szybkie spojrzenie za siebie i znów spojrzał na trzy stwory które się do niej zbliżały.
-Biegnijcie już!
-A ty?
-O mnie się nie martwcie. - Powiedziała a jej siostry pobiegły do domu pani Figins. Usłyszała trzask drzwi i złowrogi warkot wilkołaków. Ale nie bała się.
-Zapłacisz nam za to. - Powiedział ostro jeden z nich.
Przybrali ludzką postać i dwóch chwyciło jej ręce i wykręciło z tyłu prowadząc za tym trzecim w nieznane jej miejsce. Panująca wokół ciemność nie pozwalała jej nic zobaczyć. Usłyszała skrzypienie drzwi i po chwili schodziła po schodach na dół, jej kroki rozbrzmiewały echem po marmurowych powierzchniach. W końcu schody się skończyły i zaczęli iść prosto. Otworzyły się kolejne drzwi, tym razem to pomieszczenie było oświetlone. Czarny marmur, na ścianach wisiały pochodnie.
-Panie znaleźliśmy buntowniczkę ze światłości. - Odezwał się pierwszy z wilkołaków i zaczął wycofywać do wyjścia. Dwaj pozostali rzucili Kate na podłogę i również opuścili komnatę.
-O proszę, buntowniczka tak? - Spytał blondyn i wyciągnął do niej rękę. - Wstań.
Ona obrzuciła go spojrzeniem pełnym odrazy i wstała bez jego pomocy.
-Doniesiono mi że uratowałaś dwie ofiary.
-To były małe dziewczynki.
-Twoje siostry? Nie dziwisz się że wiem. Aaa podejrzewałaś że ktoś was obserwuje. Prawda? Od dłuższego czasu to podejrzewałaś. Dlatego wraz z braćmi zaczęłaś zastanawiać się jak wygląda życie po zmierzchu. W nocy jest tu bardzo ciekawie. I niebezpiecznie. - Dodał po chwili tajemniczym głosem.
-Tak.
-A jednak pozbawiłaś nas dwóch ofiar i teraz mi za to zapłacisz. - Powiedział, przybrał wampirzą twarz i wpił się w jej szyję.

------------------------------------&&&
Jak się podoba? Czekam na waszą opinię.

Czytasz=Komentujesz=Motywujesz

sobota, 13 czerwca 2015

Prolog

Na świecie znaleźć można pełno różnych i dziwnych zjawisk. Ale to co dzieje się w Sydney przerosło wszystko. Miastem tym rządzą dziwne zjawiska. Za dnia jest bezpiecznie, wesoło, gra muzyka, ludzie śpiewają i bawią się. Lecz gdy słońce zachodzi ujawniają się inni zamieszkujący to miasto. Zaczyna przygrywać mroczna muzyka, na zewnątrz panuje chaos. Ale również zabawa, tyle że całkowicie inna, mroczna, niebezpieczna. Taka jakiej większość normalnej populacji nie cierpi. Jeśli ktoś o świetlistej naturze wyjdzie po zachodzie na zewnątrz zazwyczaj po nim zostaje tylko krew. Nigdy jeszcze nie zdarzyło się by osoba o mrocznej naturze wyszła za dnia. Nikt nie pyta czemu. A każdy kto zapyta nie powie już nigdy więcej ani słowa, a te będą jego ostatnimi. Ludzie w Sydney żyją tak od ponad tysiąca lat. Zapytacie czemu nie opuszczą tego miasta? Nie mogą. Nikt ich nie przepuści. Nikt nie może do Sydney przyjechać, a tym bardziej nikt nie może z Sydney wyjechać. Granice miasta są ściśle pilnowane za dnia i jeszcze bardziej w nocy. Dla większego bezpieczeństwa granice miasta zostały okolono kolczastym płotem pod napięciem. To miasto jest jak więzienie. Większość ludzi marzy o ucieczce. Ale nie wiedzą jak. Ten kto spróbuje przedostać się na drugą stronę zginie. Każdy jest podejrzany o bycie po tej ciemnej stronie.